spotkania na wschodzie
pl ru

Wspomnienia, Inne

Repatriacja

Całkowicie odmiennie formalnie należałoby zakwalifikować podobną akcję przeprowadzoną na terenach Związku Radzieckiego. W przytłaczającej większości przypadków określanie akcji tej mianem repatriacji stanowi nadużycie i jest fałszem. Definicja pojęcia repatriacji zakłada bowiem "powrót do kraju macierzystego jeńców wojennych lub cywilów z obozów, ośrodków pracy przymusowej lub przesiedleńców, o ile ich przemieszczenia dokonano wbrew ich woli”. Natomiast w przypadku ludności polskiej w ZSRR ponad 90% stanowili Polacy deportowani w latach 1940-44 z obszarów tzw. "Kresów" Polski, arbitralnie zawłaszczonych agresją wojenna w 1939 r. i przyłączonych do radzieckich republik. Akcja odesłania ich na tereny wyniszczonej wojną Polski, gdzie najczęściej nie mieli nawet rodziny, pracy i dachu nad głową, było aktem bezwzględnej realizacji poleceń władz sowieckich. Nawet ci spośród nich, którym los pozwolił dotrzeć do okrojonej o połowę terytorium Polski ze szczątkami dobytku i jedyną krową (więcej nie było wolno) i którzy zostali osiedleni na poniemieckich gospodarstwach na tzw. Ziemiach Odzyskanych, nie uzyskali nigdy aktu własności ziemi. Powodowało to wśród nich, doświadczonych przez lata komunistycznym bezprawiem, trwające przez pokolenia poczucie tymczasowości. 

I mieli oni niestety rację, gdyż indywidualną gospodarkę traktowano jako stadium przejściowe do wyższej, socjalistycznej formy w postaci przymusowej kolektywizacji rolnictwa.

Do zorganizowania i prowadzenia akcji "repatriacyjnej" powołano w dniu 7.10.1944 r. dekretem PKWN tzw. Państwowy Urząd Repatriacyjny, którego zakres działania opracował ZPP skupiający skrajnych i ortodoksyjnych komunistów, którzy włączyli do treści jego aktu termin i pojęcie przesiedleń - jawnie sprzeczne z pojęciem repatriacji. Oficjalną rolą PUR miało być zapewnienie transportowanej ludności aprowizacji i opieki sanitarnej, a po przybyciu do kraju - noclegów i zapomóg. Praktycznie z odległych terenów Związku Radzieckiego transporty trwały długo, często całe tygodnie. Do chwili dotarcia do narzuconych granic Polski całkowitą władzę i kontrolę nad składem transportu "repatriantów" sprawowała obsada NKWD.
Na wodzie, niekoniecznie w ciągu dnia misce zupy i kromce chleba kończyła się aprowizacja, a opieka sanitarna ograniczała się do wstępnej kontroli wykluczającej choroby zakaźne i obowiązku usuwania ze składu zmarłych podczas trwania transportu.

      Względnie lepiej przedstawiały się warunki powrotu więźniów z jenieckich obozów III Rzeszy. Sprzyjały temu lepsze warunki materialne terenów, przez które wiodła droga powrotu, bliższy wielokrotnie dystans oraz często wspomagająca międzynarodowa akcja Czerwonego Krzyża. W wyniku tej akcji do końca 1948 roku z obozów koncentracyjnych, robót przymusowych, stalagów i oflagów oraz z armii gen. Władysława Andersa, powróciło ponad pół miliona Polaków. Niestety, wielu spośród nich spotkały ze strony władz komunistycznych szykany i więzienie. W tym samym czasie z obszarów ZSRR powróciło nie więcej niż 250 tysięcy, do czego należy doliczyć przymusowo przesiedlanych z terenów Białorusi, Ukrainy i Litwy półtora miliona Polaków. Również w tym okresie PUR przy pomocy wojska, KBW i granicznych oddziałów NKWD przesiedlił, a właściwie deportował do Związku Radzieckiego ponad pół miliona obywateli polskich narodowości białoruskiej i ukraińskiej.

      W ramach tych działań, szczególnie na terenach wokół Hrubieszowa, zasłużył się w akcjach - wówczas kapitan - Wojciech Jaruzelski. Oczywiście nie z bronią w ręku, ale w charakterze szefa wywiadu i specjalisty od przesłuchań, donosów i raportów. Wśród swoich dokonań PUR ma również udział w przesiedleniach wewnętrznych ludności na terenie Polski m.in. w "Akcji Wisła" dotyczącej ok. 40 tysięcy rodzin z terenów Bieszczad.

      Akcja PUR, zakończona oficjalnie jego rozwiązaniem w 1950 roku, nie zdążyła ogarnąć setek tysięcy Polaków pozostających nadal poza granicami, skupionych głównie na terenie ZSRR. Przyczyny należy upatrywać w fakcie, że w tym okresie nastąpiła w PRL szczytowa faza terroru i związana z nią maksymalna izolacja kontaktów i przepływu informacji. Dopiero w dwa lata po śmierci Stalina, w 1955 roku, zawarta została ze Związkiem Radzieckim tzw. "Umowa Repatriacyjna" którą prowadził Pełnomocnik Rządu ds. Repatriacji nadzorujący transport i zabezpieczający mieszkanie, co sprowadzało się najczęściej do dokwaterowywania do i tak nadmiernie zagęszczonych już lokali. W ramach tej akcji do 1961 roku powróciło z ZSRR ok. 260 tysięcy Polaków.

      Na przestrzeni minionych dziesięcioleci los zrządził, że dane mi było poznać kilka rodzin lub pojedynczych, samotnych osób, które za pośrednictwem akcji "repatriacyjnej" znalazły się w nowych granicach Polski. Postaram się więc przedstawić możliwie obiektywnie trudności ich adaptacji w nowej rzeczywistości po latach trudnych, o których mówili niechętnie lecz zapomnieć nie byli w stanie.

Jaśka.

      Był początek lata 1946 roku. W szkole przy ul. Kawęczyńskiej na warszawskiej Pradze znajdował się etapowo jeden z punktów PUR-u, w którym skupiono część "przesiedleńców" zza Bugu - tych, którzy nie posiadali tu żadnej rodziny ani nawet osób skłonnych udzielić im dachu nad głową. Tu sieroty akcji deportacyjnej zewidencjonowane alfabetycznie na tekturowej kartotece w drewnianej skrzynce oczekiwały na uśmiech szczęścia w postaci oferty jakiejkolwiek pracy dającej możliwość wyrwania się z marazmu obozowego życia, zapchlonej pryczy i cienkiego jadła ze wspólnego kotła. Zjawiłem się tam towarzysząc matce, ożywionej szlachetną intencją, by na miarę naszych skromnych możliwości uratować jedną z tych ofiar narodowej tragedii. Ponieważ matka, pracowniczka PSL zaufała, że po oczekiwanych wyborach życie w kraju ułoży się normalnie, zaryzykowała wziąć poniemieckie 16 ha gospodarstwo rolne niedaleko od Warszawy. Był więc dom, była praca i możliwość egzystencji. Ze zrozumiałych względów matka interesowała się kategorią młodych dziewczyn gotowych do pracy w gospodarstwie. I tak, po przewertowaniu kilkudziesięciu zatłuszczonych kart ewidencyjnych, wybór padł na Jaśkę. Nazwiska jej nie pamiętam lecz przypominam sobie, że w ewidencji stał przy nim znak zapytania, podobnie jak i przy miejscu, dacie urodzenia oraz zamieszkania. Procedura wymagała oczywiście bezpośredniej konfrontacji i wyrażenia zgody przez Jaśkę na proponowane warunki. Wywołano więc Jaśkę.

      Ukazała się nam bardzo młoda, może 17-letnia dziewczyna, blondynka, dosyć przeciętnej urody, o wyjątkowo obfitych kształtach. Jej ubiór stanowiła ciemna, zniszczona sukienka z obciętymi poniżej łokci rękawami i jakieś wydeptane łapcie na bosych stopach. Gorączkowo wysłuchała propozycji warunków pacy, a na pytanie czy potrafi gotować i czy zna się na pracy w gospodarstwie, odpowiedziała krótko - "chyba już w życiu wszystko robiłam". Kontrakt został ubity. Otrzymała jakiś dokument, coś podpisała i poszła z nami, nie oglądając się i niosąc cały swój dobytek w płóciennym woreczku. Gdy wychodziliśmy z budynku, usiłowała pocałować matkę w rękę.

      Jej historia była ponura jak czasy, które przyszło jej przeżyć. Jej tusza okazała się pozostałością po puchlinie głodowej. Edukacja sprowadzała się do umiejętności gryzmolonego podpisu, a wiedza skąd pochodzi ograniczała się do nazw wioski, w której mieszkała i miejscowości, w której chodziła do 2 klasy szkoły powszechnej w chwili, gdy wybuchła wojna. Ojciec dziewczyny był prawdopodobnie gajowym, pracownikiem leśnictwa lub tartaku. Następnym etapem jej życia stał się Kazachstan, gdzie zmarła jej matka i rodzeństwo. Została sama z ojcem, który zachorował i był niezdolny do fizycznej pracy, więc otrzymywali racje żywnościowe ważone dla pasożytów społecznych. Opowiadała jak latem kombinowaną z kosza siatką łowiła brodząc po pas w wodzie małe rybki, którymi po ugotowaniu karmiła ojca. Lato w tej części Kazachstanu trwa jednak krótko i nie dłużej trwało też życie ojca. Została sama na łasce wszystkich i nikogo. Czasami po kilka dni z rzędu nic nie jadła. Najgorsze były zimy. Namówiono ją by podawała się za Rosjankę i nauczono podpisywać się cyrylicą, zruszczając nazwisko tak, że ona sama nie była już pewna, jak ono brzmiało poprawnie po polsku. Po wojnie, z uwagi na wiek, nie zakwalifikowano jej do radzieckiego sierocińca i wtedy ktoś życzliwy uświadomił jej, że jest znowu Polska, a ona wszak jest Polką. Dowieść tego nie było łatwo lecz uratowały ją jakieś zachowane papiery po ojcu, które jej zabrano przy rejestracji. Podczas długiego transportu do Polski w bydlęcych wagonach doświadczyła wszelkiej poniewierki, zarówno od swoich jak również obsługi i radzieckiej eskorty. Gdy pijani wartownicy domagali się "diewuszki", to ona najczęściej spełniała "obowiązki", wytypowana przez większość. Od 1949 roku dalsze losy Jaśki nie są mi znane - "poszła w świat" bo musiała. Komunistyczna władza uznała gospodarkę matki za kułacką, jej praca w PSL i ojciec który wrócił "od Andersa" nie pomagały w codziennym życiu mojej rodzinie. Kolejne lata stały się sztuką przeżycia, w której dla Jaśki nie było już miejsca.

Helena

      Miała ok. 50 lat. Została skierowana do Centrali Handlu Zagranicznego, w której pracowaliśmy razem blisko 2 lata. Wróciła z jednym z ostatnich transportów w 1960 roku. Rodzinnie pochodziła z terenów Gródka Jagiellońskiego. Wcześniej nie starała się lub też nie mogła się zgłosić do powrotu z uwagi na fakt, że najprawdopodobniej jej mąż znajdował się w łagrze, choć ona określała to oficjalnie jako: "pracował daleko". Była bardzo wystraszona i znerwicowana, mimo że pokrywała swój stan przesadną wręcz grzecznością. Zachwycała się wszystkim, co dostrzegała w Warszawie lub o czym pisała na pierwszych stronach prasa, głównie "Trybuna Ludu". Sztuczność jej zachowania dostrzegali wszyscy lecz nikt jej z tego powodu nie ośmieszał. Rozumieliśmy jej stan jako głęboki kompleks wywołany latami ciężkich przejść i zagrożeń. Usiłowałem ją wielokrotnie podczas rozmowy nakłonić, by powiedziała o swoich przeżyciach coś więcej lecz, mimo że rozmawiała dość chętnie, to urywała swoje wspomnienia na poziomie gimnazjum, które ukończyła tuż przed samą wojną. Pytana o rodzinę, kończyła rozmowę stwierdzeniami - "nie żyją", "była wojna". Zapamiętałem jednak jej jednorazowe złamanie tych zasad.

      Byliśmy wówczas sami w pokoju, gdy zaskoczyła mnie pytaniem i zwierzeniem zarazem. Okazało się, że jej problem polegał na obawie i dylemacie jak ma postąpić wobec przygody, której doświadczyła podczas ostatniej niedzieli. Otóż Helena zdecydowała się, a raczej ośmieliła udać do kościoła. Jak zapewniała mnie, zrobiła to po raz pierwszy od przyjazdu, z powodu imienin czy też urodzin ojca, którego bardzo kochała. Wybrała się do kościoła specjalnie o wczesnej godzinie, z uwagi na to, iż sądziła, że będzie tam pusto. Była więc zaskoczona tym, że zastała tam sporo ludzi i przerażona faktem, że wśród nich dostrzegła jedną z pracowniczek kadr, którymi zarządzał, co było wszystkim wiadome, były ubek, niejaki tow. Swędera. Przez resztę niedzieli i bezsenną noc łamała sobie głowę biedna Helena, jak ma postąpić. Czy należy się przyznać i komu. Bo jeśli kadrówka była tam służbowo i na nią pierwsza doniesie, to strach myśleć, jakie mogą być tego następstwa. Z wielkim trudem uspokoiłem jej sumienie, choć może niezupełnie do końca.

      Spotkaliśmy się z Heleną ponownie przypadkowo po dwudziestu latach, w 1981 roku. To ona pierwsza mnie poznała. Była już na emeryturze, a ja prowadziłem jakieś publiczne spotkanie w sali Politechniki z ramienia "Solidarności". Uściskała mnie serdecznie i przypomniała opisany powyżej fakt mówiąc, że wiele on znaczył dla niej w trudnych początkach adaptacji w Polsce. Gorąco zapraszała, bym ją odwiedził, to opowie mi "straszne rzeczy", które spotkały jej rodzinę tam,  tj. w Związku Radzieckim. Niestety, niespokojny czas, a następnie stan wojenny i aresztowanie uniemożliwiło mi to spotkanie.

Pierogi.

      Była to chłopska, bardzo liczna, polsko-ukraińska rodzina z Wołynia. Zetknęliśmy się z nimi na Mazurach, w rejonie Miłomłyna. Ogarnięci "repatriacją" w 1946 roku zostali osiedleni nad jeziorem. Duży Gil, w poniemieckiej osadzie rybackiej. Byli to ludzie dość prości lecz otwarci i prawdopodobnie kiedyś dość zamożni, a co najważniejsze - zaradni. Udało się im przekupić zarówno konwojujących transport NKWD-ystów, jak i naszych UB-ków, tak że ich rodzinna grupa nie została rozdzielona, dzięki czemu dysponowali chyba 5 krowami (wg zasad PUR 1 rodzina - 1 krowa). Szybko zagospodarowali pięć chałup stanowiących osadę. Wykorzystywali ogromne obszary łąk i pastwisk, powiększając hodowlane stado, a uprawa zboża wsparta domowym żarnem dawała im własną mąkę i kaszę. Potrafili również prędko przyuczyć się rybactwa, wykorzystując zastany sprzęt poniemiecki. Praca w tzw. "zespole rybackim" dawała im praktycznie nieograniczone prawo połowu na własny użytek. Jedynym mankamentem dla nich był brak celowo nie doprowadzonej energii elektrycznej. Tak więc na wyniszczonych szabrem i wyludnionych terenach Mazur była to swoista enklawa zasobności i względnego dobrobytu.

      Zaprzyjaźniliśmy się z nimi przypadkowo w 1950 roku. Płynęliśmy z ojcem wędkując ze starej krypy z wiosłami na dulki wzdłuż zalesionych brzegów jeziora, gdy niespodzianie wyłonił się przed nami widok na tamte czasy niecodzienny. W małej zatoczce przy brzegu stały zadbane łodzie, na stojakach suszyły się sieci, wontony i żaki a w głębi widoczna była rybacka chłodnia działająca na bazie lodu i trocin.
Na pomoście kobieta w średnim wieku kijanką prała bieliznę. Był to widok absolutnie sielski. Gdy gapiliśmy się tak zaskoczeni, rozległ się z brzegu śpiewny, z kresowym akcentem, głos: "a co panowie tu uważacie?". Po upewnieniu się, że my też " zza Buga", reszta poszła o wiele łatwiej. Był poczęstunek - mleko, miód, ser i pieczywo własnego wypieku. Znalazła się też ryba od smażonego okonia po marynowaną sielawę i wędzonego węgorza. Wszystko to oczywiście ukoronował domowy samogon. Rozstawaliśmy się i długo i serdecznie. Przez cały miesiąc zaopatrywaliśmy się u nich w gros prowiantu, tym bardziej, że do najbliższej spółdzielni spożywczej było ponad 10 km rowerem do Miłomłyna, a do Pierogów, bo takie było ich nazwisko, tylko 3 km. Przy okazji częstych spotkań poznaliśmy prawie całą historię tej rodziny, a raczej rodu.

      Otóż w 1915 roku mężczyźni zostali zmobilizowani do austriackiej armii, z której zdezerterowali do Polskiego Legionu Wschodniego. Bili się pod Kaniowem, gdzie walczył również pułk mojego ojca, co przeważyło skalę zaufania. W latach 1919-20 jeden z Pierogów znalazł się w oddziałach atamana Petlury, a reszta w legionowych pułkach. Po wejściu Sowietów, fakty te skazywały ich na skrajną dyskryminację i jedynym ratunkiem była szybka repatriacja, gdyż dwóch członków rodziny aresztowano i po krótkim śledztwie rozstrzelano. Nie bez racji napisałem, że poznaliśmy "prawie" całą ich historię. Potwierdziły to fakty, gdy po trzech latach w jeziorze tym odnaleziono zwłoki oficera UB z obciętą głową. Gdy ponownie byłem w tej okolicy w 1957 roku, Pierogów już tam nie było i nikt nie wiedział gdzie być mogą, a o wynikach dochodzenia i śledztwa nikt z nielicznych miejscowych mówić nie chciał.

Maglarz.

      Mimo, że przez lata mieszkaliśmy w tym samym domu, nie utrwaliło mi się jego nazwisko. Był po prostu mężem maglarki - maglarzem. Podczas okupacji zajmował się drobnym handlem, a jaki był jego prawdziwy zawód, tego nie wiem. W 1943 roku wpadł podczas ulicznej łapanki i z obozu na ul. Sierakowskiego 8 został wywieziony na roboty do Rzeszy. Po zakończeniu wojny wrócił bardzo szybko, chyba już z początkiem czerwca 1945 roku. Droga jego transportu wiodła przez Niemcy, a za Odrą przez obszary Ziem Odzyskanych - tereny przesiedlanych Niemców, pełne porzuconego, bezpańskiego, różnego rodzaju mienia. Samowolnie opuścił transport i w jakimś opuszczonym przez przesiedlanych miasteczku znalazł w miejscowym kinie porzucony projektor i wielką ilość taśm filmowych o tematyce młodzieżowo-przygodowo-sensacyjnej. Brakowało im jedynie wersji dźwiękowej, która jednak i tak byłaby bezużyteczna z uwagi na to, że byłaby przecież w języku niemieckim. Zapakował tyle tej zdobyczy, ile mógł udźwignąć i indywidualnie, legitymując się kartą repatriacyjną i obozową, okazyjnymi samochodami wojskowymi, szczęśliwie dotarł na warszawską Pragę. To co zrobił, było niewątpliwie jednoznacznym aktem szabru lecz w tamtym czasie dokonywanie samowolnej "reperacji" przez byłych więźniów obozów, było zjawiskiem na porządku dziennym. Ponadto wybrany przez niego przedmiot szabru był bezpieczny, gdyż nie narażał go na rabunek ze strony przewoźników, którzy często pozbawiali wojennych łupów ich pierwszych posiadaczy w sytuacji, gdy na drogach panowało absolutne bezprawie. Był to czas, w którym można było zrobić majątek lub stracić wszystko, nawet życie.
       Powrócił więc "Maglarz" wraz z łupem i co więcej, z pomysłem jego wykorzystania. W korytarzu piwnicznym ustawił drewniane ławy, na których w poprzek ułożył deski i uzyskał "salę kinową", mieszczącą do 50 widzów. Prywatny interes prosperował doskonale na wyjałowionej przez pięć lat okupacji i pozbawionej konkurencji Pradze. Większość widowni wypełniała młodzież i dzieciaki, ilość seansów była dowolna, uzależniona jedynie od frekwencji, projekcja - zdarzało się, że trwała do 1-2 w nocy. Brak dźwięku uzupełniał "Maglarz" opowiadaniem realiów swojej drogi powrotnej przez tereny zasobnych domów, w których walały się porzucone zapasy wszelkiej żywności, a obrzeża dróg pełne były owocujących słodkich czereśni. Udział w tym wizualnym "raju" kosztował od 10 do 20 zł. Interes ten prosperował doskonale blisko rok, a osiągnięty zysk pozwolił "Maglarzom" na zmianę profesji i przeniesienie się z zajmowanej dotychczas sutereny gdzieś na Nową Pragę.

Brat inżyniera.

      Jeszcze gorszy los był udziałem tych, którym ze znanych jedynie służbie bezpieczeństwa powodów przez dziesiątki lat odmawiano możliwości repatriacji, a starania poszukiwań przez rodziny z Polski zbywano kłamliwą odpowiedzią informującą, że poszukiwany nie istnieje i prawdopodobnie zaginął podczas wojny.

      Tego typu tragiczną historię opowiedział mi polski inżynier zatrudniony w latach 70-tych jako kontraktowy specjalista przy budowie rurociągu "Przyjażń". Oddelegowany służbowo w odległe tereny Związku Radzieckiego kwaterował w jakiejś zapadłej mieścinie. Pewnego dnia, zupełnie przypadkowo, ktoś z miejscowych powiadomił go, że w miejscowości tej od lat mieszka też jakiś Polak. Z ciekawości zainteresował się tym i udał pod wskazany adres, gdzie ze zdumieniem spotkał i rozpoznał zaginionego podczas wojny i uznanego formalnie za zmarłego, swojego starszego brata. Zdarzenia nie było można ukryć. W ciągu dwu dni inżynier został odeskortowany na najbliższe lotnisko i odesłany do Polski. Rozpoczęły się usilne starania rodziny o możliwość kontaktu i powrotu odnalezionego członka. Pertraktacje sięgały Komitetu Centralnego PZPR i Ambasady Radzieckiej. Osiągnięty kompromis sprowadził się do możliwości kontrolowanych odwiedzin najbliższej rodziny w miejscu zamieszkania odnalezionego, które również uległo w międzyczasie zmianie.

Klincewiczowie (ewent. Klincewicze).

      To głęboko patriotyczna rodzina polska osiadła od setek lat na kresowej Wileńszczyżnie. Podczas lat najwyższej próby dla Polski, od czasu aneksji tych ziem przez Sowietów w 1939 roku poprzez lata zmiennej okupacji w latach 1941-44 przez Niemców i ponowny powrót władzy radzieckiej, nieustannie byli w partyzantce i konspiracji. Należeli do tych, którzy nawet po lipcu 1944 roku nie złożyli broni. Las, partyzantka i walka były nadal przez lata ich wymuszonym udziałem. Ujawnili się pod koniec 1949 roku. Udało się im uniknąć najgorszego, tj. zesłania i skazani zostali do pracy przymusowej przy spławie drewna na Niemnie. Płacono im obligacjami ogólnopaństwowej pożyczki narodowej, którą formalnie w 1954 roku wszystkie Republiki Radzieckie uchwałą "w imieniu obywateli radzieckich" uznały za dar narodu na rzecz państwa.

      W 1956 roku udało się Klincewiczom uzyskać możliwość repatriacji. Duża część repatriacyjnego transportu została osiedlona w rejonie Gdańska, co pozwoliło im zachować możliwość kontaktu.

      Niepokorni z natury Klincewicze postanowili na miarę możliwości zademonstrować swój niezmiennie wrogi stosunek do komuny. Ryzykowali dużo, kiedy podczas formalnej wizyty u krewnych, którzy pozostali na Wileńszczyżnie, zdecydowali się w tamtejszym banku złożyć wniosek o wypłacenie równowartości obligacji w rublach. Zdumiona kasjerka poinformowała ich, że obligacje obywatele radzieccy "darowali jednomyślnie państwu radzieckiemu", lecz oni wylegitymowali się paszportami PRL udowadniając, że ich to nie dotyczy. Powstało duże zamieszanie. Przywołany dyrektor banku usiłował też interweniować, lecz brakowało mu logicznych argumentów. Klincewicze uparcie żądali pieniędzy. Ostatecznym argumentem okazała się milicja, która nakazała im wyjazd z Wilna w ciągu 24 godzin. Klincewicze osiągnęli jednak swój cel; było to zaświadczenie banku odmawiające wypłaty z formalnym uzasadnieniem.

      Po powrocie do kraju podjęli akcję w środowisku gdańskich repatriantów, zbierając posiadane przez wielu z nich obligacje. Dało się zebrać tym sposobem dość poważną kwotę. Wówczas dokonali aktu odwagi, jak na lata 70-te PRL, chyba bez precedensu. Złożyli do sądu powództwo przeciwko Związkowi Radzieckiemu o sprzeniewierzenie. Oparli się wszelkim naciskom prokuratury i milicji, z uporem podtrzymując pozew. Skonfundowane władze zdecydowały się ukręcić łeb kompromitującej sprawie na poziomie ugody i w porozumieniu z ambasadą radziecką zrealizowano wypłatę w polskich złotówkach, warunkując jednak, że beneficjenci nie będą zgłaszać kolejnych tego rodzaju roszczeń. Tak więc, był to chyba jedyny wygrany proces w PRL ze Związkiem Radzieckim.

      Informację o tych zdarzeniach przekazał mi podczas wspólnego pobytu w areszcie śledczym na ul. Rakowieckiej w 1983 roku Teodor Klincewicz, podobnie jak i ja aresztowany za działalność w zdelegalizowanej "Solidarności". Zginął niestety w 1991 roku w wypadku samochodowym. Uważam za swój obowiązek przypomnieć to zdarzenie, jako dowód nieprzeciętnej odwagi wielu kresowych repatriantów, a w szczególności tej właśnie rodziny.

Między Mceńskiem, Gorkim i Moskwą.

      Polską rodzinę, której ojciec od 1895 roku był zatrudniony na znaczącym technicznym stanowisku w Mceńsku, spotkał los wyjątkowo tragiczny. Podczas zawirowań związanych z rewolucją w 1917 r. i w czasie trwającej kilka lat wojny domowej, rodzina uległa rozproszeniu. Ewakuować się do 1922 roku do Polski zdołali się jedynie częściowo, pozostawiając w Rosji dwoje dorastających dzieci - córkę i syna, z którymi stracili kontakt. Wszelkie poszukiwania podejmowane do 1939 roku za pośrednictwem Czerwonego Krzyża, pozostały bezskuteczne. Siłą faktu oboje zostali przez najbliższych uznani za zmarłych. Wielkie zaskoczenie wywołała zatem informacja, z jaką dotarł do żyjącej jeszcze części tej rodziny ich znajomy, który będąc w delegacji służbowej w Moskwie i Gorkim natknął się przypadkowo na żyjącą tam zaginioną córkę.
       Był to już rok 1973. Odnaleziona potraktowała go niechętnie i starała się wręcz zaprzeczyć swojej tożsamości. Być może osiągnęłaby swój cel, gdyby nie mieszkająca w sąsiedztwie jej - jak się okazało - szwagierka Rosjanka, która ją ostatecznie zdemaskowała. Ujawniona prawda była równie okrutna, jak realia dziesiątków lat milczenia bezskutecznie poszukiwanej. Okazało się, że zagubiona, młoda 19-letnia dziewczyna, w 1920 roku zawarła małżeństwo z Rosjaninem, z którym miała syna.
Jej brat, zmobilizowany do wojska, zginął podczas tłumienia tzw. kontrrewolucji w Kronsztadzie. O pozostałej rodzinie nic nie wiedziała i mogła przypuszczać, że zginęli. Jej nową rodzinę już w 1926 roku nawiedziło nieszczęście - aresztowano jej męża i zesłano go do łagru, z którego nigdy nie wrócił. Zastraszona, skupiła się na wychowaniu i opiece nad synem. By zabezpieczyć jego i siebie przed istniejącym terrorem, wyparła się narodowości i wiary, żyjąc w ciągłym strachu, publicznie demonstrując akceptację radzieckiego ustroju. Gdy w kilka lat później dotarło do niej jedno czy dwa pocztowe powiadomienia, że szuka jej polska rodzina, wpadła w panikę i złożyła oświadczenie, że to pomyłka i nie życzy sobie żadnego kontaktu. Za taką cenę osiągnęła spokój. Jednak nie na długo. W 1937 roku jej 16-letni syn został "zdekonspirowany" przez kolegów - komsomolców jako Polak i aresztowany w ramach trwającej wówczas, kolejnej stalinowskiej czystki, skierowanej głównie przeciwko Polakom. Wszelki ślad po nim zaginął. Zrozpaczona matka popadała w obłęd. Pisała prośby do wszystkich organów władzy i partii ze Stalinem włącznie - oczywiście bezskutecznie. Wyczołgała się dosłownie przed wszystkimi, błagając, by pozwolono jej przynajmniej się z nim zobaczyć, lecz nie dostała nawet adresu poczty, by napisać list. Upływ czasu bez żadnych wieści o synu spowodował u niej stan otępienia. Gdy nadeszła wreszcie w 1946 roku informacja o jego śmierci, nie przyjęła tego do wiadomości, podobnie jak informacji o możliwości repatriacji, do której usilnie namawiała ją rosyjska szwagierka, która również straciła męża. Gdy wreszcie polskiej rodzinie udało się w 1975 roku doprowadzić do przyjazdu od dziesięcioleci zagubionej siostry, zobaczono zdziwaczały, zindoktrynowany wrak człowieka. Odmawiała nawet rozmowy po polsku. Większość informacji o jej losie podała i opisała jej szwagierka Szura.

Wnuk Polski.

      Był to rok 1968 lub 1969 kiedy spotkałem tę wyjątkowo zaskakującą postać. A był nim stary dozorca na Cmentarzu Prawosławnym przy ul. Redutowej. W pierwszym odczuciu jego opowieść wydawała się mi wręcz nieprawdopodobna. Jednak jego inteligencja, wyjątkowo poprawny język i bezinteresowność przekazu przemawiały za poważnym zastanowieniem się czy jego historia nie może być prawdziwą. Stopniowo, w ciągu lat i badań dokumentalnych, tak wiele jej fragmentów znalazło potwierdzenie, że obecnie jestem przekonany o jej autentyczności.

      Rodzina jego od pokoleń była osiadła w Żelechowie. Jego dziadek w 1863 roku był jednym z przywódców lokalnego oddziału powstańców. Ich śmiały atak na stacjonujący w miasteczku carski garnizon osiągnął powodzenie. Na opis tego faktu i potwierdzenie opowieści natrafiłem przypadkowo po latach. Oddział powstańczy długo działał na terenie Guberni Siedleckiej, lecz jesienią 1864 roku został rozbity, a dziadek mający wówczas 23 lata dostał się do niewoli i zesłany został na głęboką Syberię. Po kilku latach zawarł tam małżeństwo z rdzenną Sybiraczką i założył rodzinę. O powrocie nie było mowy. Dbał jednak o zachowanie świadomości narodowej, religii i polskiej historii. Na podstawie jedynej polskiej książki - modlitewnika, opracował słownik polsko-rosyjsko-lokalny służący dzieciom i wnukom za podstawę nauki, której wymagał z całą surowością. Gdy w 1904 roku ojciec mojego rozmówcy (syn zesłańca) otrzymał wezwanie do wojska na wojnę z Japonią, świadomy swej polskości, zdezerterował w tajgę i przez lata ścigany przez carską policję, ukrywał się wspomagany przez rodzinę. Jego syn (mój rozmówca), urodzony w 1900 roku, dorastał w atmosferze narodowej tradycji i świadomości trwających represji wywieranych przez władze na rodzinie dezertera.

      Dopiero pod koniec 1917 roku, kiedy Rosją wstrząsnęła rewolucja, ojciec mojego rozmówcy mógł schorowany powrócić do domu, lecz szybko i tam dotarło bolszewickie zagrożenie w postaci wezwania do Armii Czerwonej jego 18-letniego syna. Na dalszych jego losach zaważyła rodzinna decyzja - wnuk polskiego powstańca nie pójdzie walczyć ani za czerwoną, ani za białą Rosję. Dla uciekiniera wybrali wyjście bardzo ryzykowne, lecz jedyne z możliwych. Słyszeli, że gdzieś na pograniczu Rosji i Mongolii, na terytorium Chin, w mieście Harbin istnieje polska kolonia i jest tam polska szkoła. I tak mój rozmówca, zaopatrzony w węzełek żywności i dubeltówkę, z błogosławieństwem dziadka i całej rodziny, której już nigdy więcej nie zobaczył, wyruszył pieszo w liczącą setki kilometrów drogę, a raczej trasę bezdroży przez tajgę.

      Dotarł na miejsce przeznaczenia dopiero po kilku miesiącach tułaczki, ale nadzieja jego i jego rodziny została spełniona. Zaopiekowali się nim miejscowi Polacy. Trafił do polskiej szkoły, która istniała tam od 1908 roku i ukończył nawet liceum im. Henryka Sienkiewicza. Choć - jak przyznaje - serce rwało się mu do odrodzonej Polski, lecz drogę miał odciętą - zarówno tę prowadzącą przez Rosję Radziecką, jak i przez Chiny, które były ogarnięte wojną domową Podjął więc pracę w administracji kolei i czekał na korzystną zmianę losu. Czekał na możliwość dotarcia do Polski, której idealny obraz utrwalił mu dziadek. Celowo nie zakładał rodziny. Niestety, wybuch drugiej wojny światowej oddalił jego marzenia. Do Harbina, które do 1945 roku znajdowało się terytorium państewka Mandżukuo pod protektoratem Japonii, wkroczyli Sowieci, a wraz z nimi NKWD. Szybko uporali się z selekcją zastanej tam Polonii, liczącej ok. 2000 osób. Przesiedlono wszystkich. Połowie udało się do 1949 roku repatriować do PRL, a prawie tysiąc skierowano do łagrów. W jego przypadku, jako dezertera i syna dezertera, wyrok był oczywisty - kara śmierci, zmieniona potem na bezterminowy łagier.

      Dopiero w 1961 roku, w wyniku różnych amnestii, zwolniono go. Zdążył do nieomal ostatniego transportu repatriowanych. Wrócił pozbawiony wszystkich osobistych dokumentów i świadectw wykształcenia, zawodu i pracy, lecz szczęśliwy, że udało się mu zrealizować najgłębsze marzenie swojego dziadka i własne, że jest w Polsce. Odczucia tego nie zmienił nawet fakt, że w rodzinnym Żelechowie już nikogo z rodziny nie zastał, gdyż w początkach XX wieku wyemigrowali oni do Ameryki. Sytuacja zmusiła go do podjęcia pracy najprostszej, ale mimo wszystko przyjmował to ze spokojem i był dumny zarówno ze swoich korzeni, z tego że spełnił testament dziadka i że jest w Polsce. Gdy zauważyłem, że "ta Polska" jest nadal zależna od Rosji - odparł z głębokim przekonaniem: "niech pan poczeka i to się zmieni". Miał prawo tak mówić, a czas udowodnił, że miał rację.

PS

Jeżeli ktokolwiek po zaznajomieniu się z opisanymi losami "repatriantów" będzie skłonny zaliczyć mnie do grona zaciekłych rusofobów, niech przeczyta książkę rosyjskiego historyka Nikołaja Iwanowa pt. "Powstanie Warszawskie widziane z Moskwy" - Wydawnictwo "Znak" Kraków 2010 roku. W tekście tym N. Iwanow wielokrotnie posługuje się twierdzeniem: "być Polakiem w Rosji i w Związku Radzieckim było podobne do bycia Żydem w III Rzeszy" - i udowadnia to faktami.

Hubert Kossowski

Komentarze użytkowników
+ Dodaj komentarz
Wpisz swój komentarz oraz wypełnij pole Nazwa użytkownika!
Twój komentarz:
Nazwa użytkownika: