spotkania na wschodzie
pl ru

Wspomnienia, Inne

Kresy wspomnień

 CIERPIENIA I ŁZY NA NIELUDZKIEJ ZIEMI


Zima roku 1940 była bardzo sroga. Tęgie mrozy i obfite opady śniegu. 10 lutego mama przygotowywała nas, najmłodszych, do szkoły, wtem rozległo się łomotanie do drzwi. W progu stanęło trzech mężczyzn, sołdat bolszewicki z karabinem i dwóch Ukraińców.

Odczytano nam rozkaz: za pół godziny mamy opuścić dom, zabrać można tylko tyle, ile się zmieści (razem z domownikami) na jedne sanie. Mama zaczęła płakać. Tata musiał stać pod ścianą, pilnowany przez jednego z przybyłych. Za to dwoił i troił się mój starszy brat, Bolek. Zabił kilkanaście kur, przygotował sanie, załadował worek mąki i kaszy, na to pierzyny, trochę ubrań. Załadował również takie narzędzia, jak piła, siekiera, kilka naczyń kuchennych. W domu był tylko jeden bochen chleba; w kuchni stała właśnie dzieża z zaczynem na nowy. Pozostawiliśmy dorobek całego życia: konie, krowy, świnie, drób, zapasy zboża, sprzęty rolnicze, meble... Kiedy zjechały sanie ze wszystkich domów, uszeregowany konwój ruszył przez zaśnieżone pola na stację kolejową w Głęboczku Wielkim. Tam już były podstawione wagony towarowe, specjalnie przerobione do wywózki zesłańców. Miały duże, zasuwane drzwi, zamykane z zewnątrz i pod okapem małe zakratowane okienka. Wewnątrz po bokach znajdowały się piętrowe prycze. Po środku wagonu stał mały, okrągły piecyk, a z boku w podłodze był otwór - nasza ubikacja. Do jednego takiego wagonu pakowano po osiem rodzin. Załadunek ludzi do pociągu trwał kilka godzin. Przed zamknięciem wagonów pozwolono wszystkim nabrać do wiader i różnych naczyń wody z kolejowej studni. Pod wieczór pociąg ruszył w kierunku Tarnopola i tam zatrzymał się na bocznych torach do popołudniowych godzin następnego dnia. W tym czasie po mieście szybko rozeszła się wieść, że na stacji stoi pociąg z wysiedlonymi. Dowiedział się o tym i mój brat, Józef, który uratował się, ponieważ przebywał na stancji. Za pieniądze, które posiadał, kupił kilka bochenków chleba i nam je przyniósł. To było bolesne spotkanie. Wyjątkowo sołdaci nie zabraniali dostępu. Do zakratowanego okienka podszedł tatuś, potem na chwilę ja i bracia. Ostatnie niedosłyszane słowo, ostatni gest dziecięcych rąk i łzy... Transport ruszył. Zaczęliśmy śpiewać coraz głośniej i donośniej: "Kto się w opiekę odda Panu swemu...". Minęliśmy Tarnopol, potem pola, lasy i bezkresne przestrzenie. Raz na dobę były postoje. Otwierano wówczas drzwi wagonów i rozdzielano tzw. kipiatok, czyli gorącą wodę. Chwile smutne i bolesne przeplatały się mimo wszystko z radością i nadzieją. Modliliśmy się wspólnie, rozważając tajemnice różańca świętego, śpiewając różne pieśni religijne. Po miesiącu dojechaliśmy do kolejowej stacji Muraszi w republice syberyjskiej Komi. Tu rozładowano nasz transport. Popędzani przez strażników zostaliśmy załadowani na ogromne sanie pociągane traktorem. Śnieżna droga prowadziła nas w głąb syberyjskich lasów. Było zimno i zewsząd otaczała nas biel. Dojechaliśmy wreszcie na tzw. kwartał nr 99 (kwartał to olbrzymi teren lasu). Tu stał budynek, w którym był sklep i mieszkania dla władzy zarządzającej i strażników. Dalej było kilka baraków dla zesłańców. Nas umieszczono w baraku, gdzie stały cztery podwójne prycze. W sumie w jednym baraku zamieszkało nas osiem rodzin. Baraki były zbudowane z grubych kłód - belek układanych na mchu. Były stare, bardzo zapluskwione. Już następnego dnia pędzono ludzi do pracy. W barakach mogły pozostać tylko osoby bardzo chore i małe dzieci. Zresztą niedługo potem zabrano dzieci od rodziców i umieszczono w kwartale nr 98 (5 km od kwartału nr 99), tam w kilkunastu izbach zorganizowano szkołę. I tak zaczęła się nasza "edukacja" polegająca głównie na ateizacji i rusyfikacji. Rano i wieczorem przychodził do nas kierownik pobliskiej rosyjskiej szkoły i enkawudzista. Obaj bacznie obserwowali dzieci. Zrywali obrazki ze ścian, na modlących się wylewali wodę, wyśmiewali praktyki religijne. Pewnego dnia zrobiliśmy z drewnianych listew krzyż i zawiesiliśmy go w rogu izby, wysoko u pułapu baraku. Na podłodze ustawiliśmy dwa łóżka, jedno na drugim, tak żeby wszystko runęło przy większym nacisku. Rano przyszedł enkawudzista i zobaczywszy krzyż od razu skierował się ku niemu. Skoczył na jedno, potem na drugie łóżko i... rozległ się hałas spadających desek. Bohater Związku Sowieckiego leżał na podłodze, a dzieci rzucały w niego poduszkami i klaskały wołając: "Ot, Bóg zwyciężył!, Bóg pokarał!". Enkawudzista wybiegł z baraku i od tamtej pory rzadko nas odwiedzał, a krzyż wisiał spokojnie do końca roku szkolnego. Na tym nasze pomysły się nie skończyły. Nasza nauczycielka, młoda Rosjanka, chciała przygotować coś z nami z okazji 1 maja. Udawaliśmy chętnych do takich występów i oto 1 maja nauczycielka ustawiła nas na scenie, podniosła się kurtyna, a my zaśpiewaliśmy:

"Jak mi tęskno do mej ziemi,

jam do niej wrócić rad.

Między ludźmi tu obcymi

już się tułam tyle lat.

Tam znam każdą rzekę, górę,

tam znam każdy krzak i gaj.

Tu mi wszystko jest ponure,

wołam głośno, gdzież mój kraj.

Boże Ojcze, coś na niebie,

moje straszne męki skróć.

Daj przebłagać raz choć Ciebie,

do ojczyzny mej mnie wróć".

Sala była pełna. Zebrano w niej zesłańców z wszystkich baraków. Ludzie wstali i zaczęli bić gromkie brawa. Niektórzy płakali. Obecni kierownicy i władza rejonowa osłupieli. Starano się zasłonić scenę kurtyną, ale nasi starsi koledzy mocno trzymali. My śpiewaliśmy dalej:

"Jeszcze Polska nie zginęła,

póki Stalin w garnku.

Jak się ścierwo ugotuje,

rozszarpiemy po kawałku.

Marsz, marsz, Stalinie,

bo na sośnie lina

za nogi przypięta

i głowa ucięta".

Znów gromkie brawa. Łzy i okrzyki: "Niech żyją polskie dzieci!". Na scenę wpadł enkawudzista, nas rozpędził, ludziom kazał wracać do baraków. Powróciliśmy do siebie, za nami szło wiele osób. Wciąż bili brawo, ściskali nas, płakali. Jeszcze długo śpiewaliśmy, nikt nam nie przeszkadzał. Nazajutrz nie poszliśmy do szkoły. Zaniepokojony kierownik przyszedł do nas, pytał o wiele rzeczy, ale nie zostaliśmy ukarani.

Na pierwsze Boże Narodzenie (1941) mój kolega przyniósł do naszej izby choinkę z lasu. Z zeszytów szkolnych wydzieraliśmy kartki; z pociętych pasków zrobiliśmy łańcuchy, a z całych kartek postacie aniołków. Drzewko stroiliśmy po kryjomu. Oczywiście, nie było wieczerzy wigilijnej. Świętowaliśmy śpiewaniem kolęd - tylu, ile pomieściła dziecięca pamięć. W dzień Bożego Narodzenia przyszedł nasz enkawudzista i zniszczył nam choinkę. Czasem uciekaliśmy na kwartał nr 99, do rodziców i starszego rodzeństwa. Dzieci 11-12. letnie skradające się po śniegu przez bory i lasy, by przez kilka godzin pobyć z bliskimi... Wreszcie nasi "opiekunowie" zrozumieli, że polskich dzieci nie da się zrusyfikować.

Do szkoły chodziliśmy tylko do czerwca, potem została rozwiązana. Mogliśmy wrócić na stałe do rodziców. A tam brakowało wszystkiego. Kiedy więc nadeszło lato, wraz z moim młodszym bratem, Tadeuszem, chodziliśmy na grzyby i jagody. Nasze zbiory przeglądał tatuś i starszy brat, Bolesław. Następnie do jednej beczki sypano jagody i ubijano tłuczkiem, do drugiej wkładano zasolone grzyby i również ubijano. To były nasze zapasy na zimę! Pewnego dnia tato oznajmił mi, że czeka mnie wyjazd do miasteczka Noszul, gdzie będę u jednej Rosjanki bawić dziecko. Rozpłakałam się. Miałam 12 lat i znów czekała mnie rozłąka z rodziną i pobyt wśród obcych. Ci Rosjanie byli potomkami zesłańców wywiezionych na Sybir w czasie rewolucji komunistycznej. Anna Fiodorówna, moja gospodyni, była troskliwa i miła. Na powitanie powiedziała mi, żebym się nie bała, że będzie mi u niej dobrze. Nastawiła samowar, podała herbatę z cukrem i chleb z masłem. Poczułam się jak w domu. Potem gospodyni przyniosła wodę, abym się umyła i pościeliła mi na podłodze, bo w jej pokoju było tylko jedno łóżko i łóżeczko Rojeczki, którą miałam się opiekować. Długo na nowym miejscu nie mogłam zasnąć, ale czułam, że Bóg czuwa nade mną. Zaczęłam odmawiać różaniec, licząc paciorki na palcach, bo tak co wieczór czynił mój ojciec. Okazało się, że moja gospodyni jest kontrolerem remanentów w sklepach spożywczych, dlatego też zawsze miała mąkę, kaszę, tłuszcz, chleb, cukier, a nawet cukierki. I od czasu do czasu wysyłała mnie z żywnością do rodziny. Podczas wędrówek po rosyjskich tajgach odczuwałam wielkość Bożych dzieł. Potężne drzewa, zwały śniegu ze śladami łap dzikich zwierząt - wilków, albo niedźwiedzi. I albo poszum tajgi, albo głęboka cisza. A pośród tego ja - bezradne w swej maleńkości 13.letnie dziecko.

Raz odczułam nagle, że muszę odwiedzić rodzinę. Gospodyni zgodziła się. W "domu" dowiedziałam się, że musimy uciekać z tych rosyjskich lasów. Stalin ogłosił amnestię dla Polaków i sam generał Władysław Anders upomina się o nas. Z tą wiadomością wróciłam do Anny, aby jej podziękować i się z nią pożegnać. Ona zaczęła mnie namawiać, abym została. To była silna pokusa, ponieważ polubiłam swoją pracę. Nie było jednak siły, aby mnie zatrzymać. Jakże mogłabym inaczej? Zdradzić ojczyznę i rodzinę? Nigdy! Anna zrozumiała i nie nalegała. W dodatku obdarowała mnie odzieżą i żywnością. W 1944 roku zaczęły przychodzić pocieszające wiadomości o bliskim końcu wojny. W rozgorączkowanej fantazji zesłańców powrót w ojczyste strony wydawał się już bliski. Ludzie zaczęli obmyślać sposoby i możliwości wyjazdu. Wkrótce stało się jasne, że tylko ci mogą mieć nadzieję na powrót, którzy na własną rękę przedostaną się przez syberyjskie zaśnieżone lasy i pustkowia do najbliższej stacji. Kiedy wróciłam od Anny do kwartału nr 99, zastałam tam ciche mobilizacyjne pogotowie. Czujny ojciec przygotował wszystko, co było potrzebne do ucieczki. Tak, do ucieczki, bowiem władze, czyli zarząd obozów niewolniczych, nie chciały stracić darmowej siły roboczej. Mimo amnestii nadal za próbę ucieczki karano jak dawniej. Do najbliższej stacji mieliśmy sto kilometrów przez zaśnieżone lasy i pustkowia. Pieszo. Nasz skromny dobytek zmieścił się na małych sankach. Oprócz kilku sztuk odzieży mieliśmy tylko kilka naczyń kuchennych, a do jedzenia nieco cukru i sucharów. Gotowi do ucieczki, czekaliśmy na śnieg, żeby pokrywał nasze ślady. Nocą, przed świętami wielkanocnymi 1944 roku, po odmówieniu modlitwy Pod Twoją obronę, bez żalu i oglądania się wstecz ruszyliśmy na zachód, ku stacji Muraszi. Na ogół szliśmy nocą, chcąc uniknąć pościgu. Posuwaliśmy się bardzo wolno. Gdy minęliśmy syberyjskie bory i pola, w odstępach kilkunastokilometrowych zaczęły pojawiać się ludzkie osiedla. Tam szukaliśmy miejsca, by odpocząć i przenocować. Rosjanie, zwykli ludzie, przyjmowali nas życzliwie. Wspomagali, czym mogli. Najczęściej ziemniakami i słoniną. Rozumieli nasz los i nam współczuli. Bywało i tak, że nam, dzieciom, przygotowywano spanie na ciepłym piecu. Z wielkim trudem i umęczeniem zbliżaliśmy się do celu. Byliśmy u kresu wyczerpania. Czy damy radę dojść? Przecież w trakcie naszej wędrówki napotykaliśmy kopce zasypane śniegiem. To byli ludzie. Dwie, trzy osoby, którym zabrakło już siły, by iść. Zasypiały w drodze i zamarzały. Czwartego dnia od naszej ucieczki napotkaliśmy Iwana, pracownika leśnego, bliskiego znajomego ojca. Jechał traktorem i zabrał całą naszą rodzinę na stację. Byliśmy w Muraszi! Byliśmy wolni! Muraszi to inny rejon (inna obłast - województwo) niż ta, skąd uciekliśmy, a zgodnie z prawem sowieckim, kto znalazł się w innym rejonie, mógł tam zamieszkać. W Muraszi odnaleźliśmy też mojego brata, Dominika. Wojna trwała nadal, do ojczyzny nie było jak wrócić. Władze sowieckie zachęcały, żeby zostać w ich "raju". Można się było osiedlić według uznania. Tym, którzy wydostali się z łagrów Syberii, proponowano wyjazd na południe, na Kaukaz. Zdecydowaliśmy się z tego skorzystać, byle jak najdalej od katorgi Syberii. Po kilku tygodniach starań i czekania na okazję udało się nam dostać do kolejowego transportu, który odjeżdżał na Kaukaz. Znów jechaliśmy podobnymi wagonami, jak na Sybir, ale tym razem jechaliśmy z nadzieją w sercu, że to droga okrężna, ale wiodąca do Polski.

Wyładowano nas na terenie kołchozu z winnicami. Władze kołchozu okazywały nam życzliwość i pomoc. Każda rodzina otrzymała jedno pomieszczenie w normalnych budynkach. Raz dziennie dostawaliśmy posiłek ze stołówki kołchozu i przydział chleba na kartki. Na wiosnę każdej rodzinie wyznaczono działkę ziemi. Można było uprawiać ziemniaki, jarzyny, melony i arbuzy. Kto był zdolny do pracy, miał zajęcie w winnicy - przy uprawie winogron lub przy produkcji wina. Ja, już 15.letnia dziewczyna, pracowałam w szkole. Moim zadaniem było dawanie znaku dzwonkiem o początku i końcu lekcji oraz otwieranie i zamykanie szkolnych sal. Mój młodszy brat, Tadeusz, chodził do zorganizowanej przez Polaka-wygnańca polskiej szkoły. Na Kaukazie doczekaliśmy końca wojny. Był maj 1945 roku - dla Polaków wybiła wreszcie godzina powrotu. Formalności związane z transportem i przygotowanie wszystkiego do wyjazdu trwało do 1946 roku. Około 10 kwietnia 1946 roku tabor wagonów ruszył na wschód. Kierunek: Polska! Wagony były podobne do tych, jakimi byliśmy wywożeni, ale drzwi nie były zaryglowane ani zabezpieczone metalowymi sztabami. Mój ojciec postanowił na Syberii nie golić brody, aż do powrotu do Polski. Słowa dotrzymał. Zanim przekroczyliśmy granicę, swą gęstą, bujną brodę wyrzucił za okno wagonu - jak żartował - rosyjskim wronom na gniazdo.

Był maj 1946 roku, kiedy przekroczyliśmy na rzece Bug nową polsko-sowiecką granicę, zaborczo i zdradziecko przesuniętą przez Stalina o prawie 300 km na zachód. Skończyły się cierpienia i łzy na nieludzkiej ziemi. Polska ziemia witała nas szumem drzew i zniszczonymi domami. Pierwszy przystanek na stacji kolejowej w Polsce był najdłuższy ze wszystkich. Ludzie wychodzili z wagonów, z płaczem całowali ziemię. Szybko rozeszła się wieść, że przyjechali Sybiracy. Dzieci witały nas kwiatami. Częstowano nas chlebem, wręczano różne prezenty. Jednym z dalszych postojów był Bytom. Tam odnalazł nas brat, Stanisław, który uratował się z lutowej wywózki w 1940 roku, a który po wojnie w ramach repatriacji zamieszkał z rodziną na tzw. ziemiach odzyskanych. Przez jakiś czas mieszkaliśmy w Prudniku, a potem w poniemieckim majątku w Budach Śląskich koło Kędzierzyna. Życie powoli wracało do normy. W 1947 roku wyjechałam do Krakowa, tam bowiem znajdowała się placówka zakonna Sióstr Służebniczek NMP Niepokalanej, w której przełożoną była moja starsza siostra Tekla Kazimiera. Zamieszkałam u sióstr i zaczęłam chodzić do szkoły podstawowej, potem do gimnazjum. 8 października 1948 roku wstąpiłam do Zgromadzenia Sióstr Służebniczek NMP Niepokalanej. Pracowałam jako katechetka, przez pewien czas byłam przełożoną w Haczowie koło Krosna.

s. Teresa Chromik

 Fragment pochodzi z książki autorstwa Moniki Bachowskiej

Czytaj cz. 2. Codzienność okupacji 

Czytaj cz.3. Cudem ocalony

Czytaj cz.4. Z armią Andersa

Czytaj cz.5. Z Drohobycza w świat

Czytaj cz.6. Wuj Bom i ciocia Aldona

Czytaj cz.7. Pozostały zdjęcia


KRESY. Historia, wspomnienia, literatura, sanktuaria, błogosławieni i święci

240_1

Komentarze użytkowników
+ Dodaj komentarz
Wpisz swój komentarz oraz wypełnij pole Nazwa użytkownika!
Twój komentarz:
Nazwa użytkownika: