spotkania na wschodzie
pl ru

Wspomnienia, Inne

Kresy wspomnień cz.2. Codzienność okupacji

       Urodziłem się w Draganówce, osadzie leżącej na kresach, w województwie tarnopolskim. Później wraz z rodziną przenieśliśmy się do powstałej w 1922 roku osady nazwanej Sienkiewiczówką. Legenda głosi, że na tych terenach trwały walki wojsk polskich z Kozakami Chmielnickiego, który po klęsce pod Zbarażem zapuścił się w te strony. I tu został pobity i krył się po okolicznych lasach. Inna zaś legenda opowiada, że Henryk Sienkiewicz, pisząc Ogniem i Mieczem, odwiedził tereny położone między Zbarażem a Zborowem, a także Tarnopol, gdzie w zamku miał być więziony pułkownik Bohun. Mieszkańcy nowej osady, przekonani, że po jej terenie spacerował kiedyś wielki pisarz, nazwali ją Sienkiewiczówką. Dziś nie zostały nawet ruiny. Trudno rozpoznać miejsca, gdzie stały domy i były przydomowe ogródki oraz sady. Sienkiewiczówka żyje już tylko w pamięci dawnych mieszkańców i w dokumentach.
W 1939 roku w Sienkiewiczówce było już 60 rodzin, około 250 osób. Była tu przyszkolna biblioteka, Związek Strzelecki, Koło Rolnicze, Koło Gospodyń Wiejskich, Kółko Teatralne, Chór i Drużyna - Związek Orląt. Tymczasem nad Polską zbierały się czarne chmury. 1 września 1939 roku wybuchła II wojna światowa. Już 3 września, w niedzielę, pojawiły się nad Tarnopolem niemieckie samoloty zwiadowcze. W następne dni na podwórza naszych gospodarstw zajeżdżały czasem wojskowe auta w pospiesznym pochodzie na Tarnopol i Stanisławów w stronę granicy rumuńskiej. 17 września ruszył najeźdźca ze Wschodu. Dokonał się czwarty rozbiór Polski. Już następnego dnia na gościńcu lwowskim pojawiła się Armia Czerwona. Szosą i po obu jej stronach polami ciągnęły bez przerwy przeróżnego typu pojazdy i zaprzęgi konne sołdatów. Mrowie ludzi parło na zachód. Każdy czekał na to, co będzie dalej. Nie było to bowiem, jak głosiła sowiecka propaganda, "wyzwolenie", ale zdradziecka agresja i niewola. Odczuwało się to wszędzie: w urzędach, kościele, szkole. Dochodziły do nas pogłoski o likwidowaniu placówek polskiej policji i o aresztowaniach w rodzinach policjantów i wojskowych. Już w pierwszych dniach likwidowano posterunki policji, a komendantów często rozstrzeliwano na miejscu. Można było spodziewać się wszystkiego, łącznie z wywózką na Syberię. Likwidowano polskie gimnazja, zamieniano je na szkoły z wykładowym językiem rosyjskim.
      W październiku 1939 roku okupant otworzył gimnazjum w Tarnopolu, tzw. dziesięciolatkę. Chociaż sytuacja nie była pewna, młodzież garnęła się do nauki. Zapisałem się również ja. Przeniosłem się na stancję do Tarnopola. Mając ukończone trzy klasy w gimnazjum w Nowym Sączu, teraz znalazłem się w klasie dziewiątej. Boże Narodzenie spędziłem razem z rodziną - to były nasze ostatnie święta. Nastał rok 1940. Mój ojciec chcąc zabezpieczyć naszą przyszłość, zdecydował się wywieźć część dobytku i ulokować go u znajomych i krewnych. Ja nadal mieszkałem na stancji w Tarnopolu, więc to, co wydarzyło się w domu 10 lutego 1940 roku,  znam tylko z relacji ojca i rodzeństwa. Moja rodzina, wraz z innymi, została wywieziona na Syberię (po niedługim czasie do opuszczonych gospodarstw sprowadzono Rusinów, a po kilku latach wszystkich znów wysiedlono, a budynki zburzono wraz z fundamentami, pozostawiono tylko szkołę, z pól Sienkiewiczówki utworzono kołchoz, a w szkole organizowano wystawy rolnicze, ale to było później...). Zostałem sam. Przestałem chodzić do "dziesięciolatki". Trzeba było jakoś na siebie zarobić. Mieszkałem na kwaterze u państwa Ksawery i Antoniego Welichowskich. Po śmierci pana Antoniego zostałem opiekunem pani Ksawery. Pozostałem u niej już jako domownik, nie płaciłem komornego, za to starałem się o jedzenie. Pracowałem dorywczo. Mogłem już wysyłać mojej rodzinie na Syberii paczki. Wkładałem do nich przeważnie smalec, słoninę, suchary, cukier i tytoń. Niestety nie wszystkie dotarły do adresatów.
       Początkowo zająłem się składowaniem drewna. Na rozległe łąki przyrzeczne Seretu sowieci nazwozili tysiące kubików polan bukowego drewna. Miał to być opałowy materiał do wypalania cegły w Petrykowskiej cegielni, ale brano stąd również polana do opalania biur i urzędów na mieście. Polana trzeba było układać w stosy wysokie na 4 metry i długie na kilkadziesiąt. Zarobek był dobry, ale mimo to nie wystarczający na utrzymanie mnie i "babci". Zabrałem się więc za handel. Jeździłem po wsiach, skupując drób, cielęcinę, wieprzowinę a także miód i tytoń. Następnie kiełbasę, słoninę i tytoń zawoziłem do Lwowa. Tam mój znajomy rozprowadzał towar po mieście. Na drugi dzień wracałem do Tarnopola z pieniędzmi. Wkrótce zacząłem zmieniać miejsce noclegu i czasowego pobytu. Do "babci" wracałem co jakiś czas, ale spałem wówczas na strychu. Również na strychu miałem przygotowany nocleg u innej rodziny. Miałem tam specjalny kosz wiklinowy, w nim kożuch i coś z pościeli. Wiele też nocy przespałem w biurze naczelnika stacji kolejowej w Tarnopolu (skład drewna, gdzie pracowałem, podlegał pod kolej). Przez pewien czas mieszkałem u cioci Hani w Draganówce.
       Następnie przez dwa miesiące pracowałem w Petrykowskiej cegielni. Do wypalania cegieł używano tu torfu. Trzeba go było wydobyć. Wszystkie przybrzeżne łąki Seretu stały się kopalnią torfu. Wyznaczono poletka szerokie na 3 metry i długie na kilkanaście - dla jednej grupy. I tak kilka rzędów. Każda grupa składała się z czterech osób. Dwie silniejsze wydobywały torf, dwie słabsze, mogły być to dziewczęta, układały bloki torfu, pocięte na kawałki wielkości cegły, do wyschnięcia na słońcu. Dzienna norma wynosiła cztery tysiące takich "cegiełek". Od wyrobienia normy zależało wynagrodzenie. Była to praca sezonowa, latem i jesienią.
       Na wiosnę 1941 roku w ZSRR ogłoszono wybory do rad narodowych w miastach i wioskach. Już wtedy wiedziałem, że jestem poszukiwany przez NKWD, wydawało mi się więc, że jeżeli wezmę udział w wyborach - co było traktowane jako poparcie dla władzy - uznają mnie za prawego obywatela i dadzą spokój. Bardzo się pomyliłem.
W dniu głosowania udałem się do lokalu wyborczego w Draganówce. Było to bardzo nieroztropne posunięcie. Jednak nie miał mi kto doradzić, większość była zdezorientowana całą sytuacją. A ja przecież nie byłem nigdzie zameldowany na stałe! Kiedy to wyszło na jaw, zacząłem tłumaczyć się nieporadnie, że pracuję w Petrykowie i może jestem na ich liście. Enkawudzista nakazał mi więc udać się tam natychmiast i zagłosować. Udałem się szybko, ale do Tarnopola. To był początek mojego prawdziwego ukrywania się. Kilka dni później u mojej cioci zjawili się po mnie Rosjanie. Ja wtedy przemieszkiwałem w rodzinnej Sienkiewiczówce.  
       Wybuchła wojna niemiecko-rosyjska i teraz znaleźliśmy pod okupacją niemiecką. Z okupacji niemieckiej najmocniej pamiętam głód. Najbardziej odczuły to miasta.
Po wioskach ściągano wysokie kontyngenty zbóż i zwierząt. Za zboże płacono wódką. O pracę było bardzo trudno. Gestapo śledziło i deptało po piętach. Musiałem podjąć radykalną decyzję: uciekam z tych stron. Pociągiem linii Tarnopol - Rzeszów opuściłem rodzinne strony. Nie było problemów z zakupem biletu, choć pasażerów było wielu.
W Rzeszowie przesiadłem się na pociąg do Krosna. Schronienie znalazłem w Domaradzu; tam jeden z kolegów, Piotr Łobaza, pracował jako sekretarz w urzędzie gminy i bez problemu wystarał się dla mnie o kenkartę. Dowodu nie można było wystawić na moje prawdziwe nazwisko - byłem przecież na liście NKWD i gestapo. Piotr zaproponował mi, bym był jego kuzynem i nazywał się Józef Łobaza. I taką kenkartę otrzymałem - za pół litra masła (masło dla Niemców miało wartość dolarów!). Tym nazwiskiem posługiwałem się do końca wojny. Mając kenkartę w kieszeni, udałem się do Krakowa, by spotkać się z moim bratem, ks. Franciszkiem, i siostrą, zakonnicą u sióstr służebniczek. Brat mój zapoznał mnie m.in. z panią Marią Malik, właścicielką folwarku w powiecie jarosławskim, która traktowała mnie jak swoje dziecko.         Ukrywając się w Domaradzu, nie należałem do AK, ale miałem kontakt z ludźmi z podziemia. Zdarzyło się, że przenosiłem zakupiony na jakąś akcję pistolet "vis". Zdarzały się i bardziej niebezpieczne momenty. Był czas żniw. Pracowałem w polu. Żyto było już wyżęte i powiązane w snopki. Właśnie zaczęliśmy je składać w kopy, gdy od sąsiednich zabudowań rozległy się odgłosy nawoływań i zobaczyliśmy nadbiegających ludzi. To był jeden z naszych sąsiadów, a za nim z pistoletem w ręce biegł gestapowiec. Kobiety stojące obok mnie chwyciły mnie za barki i - przynaglając, bym się pochylił ku ziemi - zaczęły nakrywać mnie snopami. Sąsiada złapano dopiero dalej, pod lasem. Po kilku tygodniach dowiedziałem się, że trafił do obozu w Auschwitz. Już nigdy nie wrócił. Później okazało się, że gestapo przyszło po syna innego sąsiada, bo nie stawił się na wyjazd na roboty do Niemiec.
       Był już rok 1943. Pewnego letniego dnia jechałem do tartaku do Starej Wsi. Wyjechawszy z niego musiałem przejechać obok klasztoru i kościoła Jezuitów. Nagle zobaczyłem mojego wychowawcę z nowosądeckiego gimnazjum - o. Henryka Sokołowskiego. Zaprosił mnie do siebie na niedzielę. Wówczas zaproponował mi dalszą naukę i mieszkanie w domu należącym do klasztoru. Już w poniedziałek przeniosłem się do Starej Wsi i rozpocząłem naukę w czwartej klasie gimnazjum. Pewnego lipcowego poranka 1944 roku pokazały się sowieckie czołgi, dochodził do nas odgłos bombardowania lotniska w Krośnie. Lasy w okolicach Starej Wsi zajęły wojska radzieckie. Jesienią 1944 roku byłem już zdecydowany wstąpić do zakonu. Nowicjat rozpocząłem 22 listopada 1944 roku. Jesienią 1946 roku zdałem maturę i mogłem rozpocząć studia filozoficzne. W 1946 roku wróciła z zesłania moja rodzina, poza najstarszym bratem, Bolesławem, który wstąpił do polskiej armii organizowanej w Rosji przez generała Władysława Andersa i przeszedł cały jej szlak bojowy. Święcenia kapłańskie otrzymałem 23 sierpnia 1953 roku z rąk prymasa Stefana Wyszyńskiego w nowo odbudowanej katedrze św. Jana. Później pracowałem jako wychowawca w nowicjacie, byłem katechetą, przez pewien czas byłem przełożonym. Przez kilka lat pracowałem jako misjonarz w Kamerunie i na Madagaskarze. Do kraju wróciłem w 1989 roku i wtedy spełniło się moje marzenie blokowane do tej pory "żelazną kurtyną". 22 sierpnia 1990 roku wyjechałem do pracy misyjnej na Wschód! Zdecydowałem się jechać przez Litwę. Mój samochód po szczyt wypełniały dewocjonalia, książki i prezenty. Podczas krótkiego pobytu w Wilnie nawiedziłem Matkę Bożą w Ostrej Bramie i relikwie św. Kazimierza w katedrze, a później udałem się na południe - przez Grodno, Pińsk, Tarnopol, aż do Draganówki. Ostatni raz byłem tam w 1942 roku, prawie pół wieku wcześniej. Odżyły liczne wspomnienia. Dawny kościół przedstawiał ponury wygląd - co nie zostało wyszabrowane, uległo zniszczeniu. Drzwi wejściowe np. zostały "poszerzone" dla ułatwienia wjazdu ciągników. W świątyni bowiem był skład kołchozowego zboża. Przez dziurę w sklepieniu wlatywały gołębie. Do czasu odzyskania i wyremontowania kościoła i plebanii mieszkałem na zmianę u polskich i ruskich rodzin. Równocześnie przygotowywałem się do uroczystego sprowadzenia łaskami słynącej figury Matki Bożej Śnieżnej, patronki draganowskiej parafii. Naturalnej wysokości figurę do draganowskiego kościoła sprowadził, najprawdopodobniej z Italii, w 1880 roku proboszcz - ks. Marcin Malawski. Ksiądz Karol Mazurkiewicz, ostatni proboszcz Draganówki, opuszczając parafię, zabrał ze sobą figurę Matki Bożej. Przesiedlony na ziemie odzyskane, do Maciejowic (diecezja opolska), w miejscowym kościele umieścił figurę. 24 października 1992 roku Matka Boża Śnieżna wróciła do Draganówki -ludzie przerwali pracę w kołchozach, dzieci miały wolne od szkoły. Wszyscy udali się powitać swą Patronkę.

ks. Józef Chromik SJ

Komentarze użytkowników
+ Dodaj komentarz
Wpisz swój komentarz oraz wypełnij pole Nazwa użytkownika!
Twój komentarz:
Nazwa użytkownika: