spotkania na wschodzie
pl ru

Wspomnienia, Inne

Kresy wspomnień cz.5. Z Drohobycza w świat

Mój ojciec, Karol Marcela, pochodził z Nieporazu (wieś niedaleko Krakowa) - tam była jego ojcowizna. Podczas I wojny światowej przeszedł prawie całą Europę. Początkowo służył w armii austriackiej, bowiem Nieporaz znajdował się w Galicji, czyli w zaborze austriackim. Następnie walczył w Legionach Piłsudskiego i z Legionami przeszedł ich cały szlak bojowy. W 1920 roku, po Cudzie nad Wisłą, dotarł aż do Kijowa. W drodze, w Drohobyczu, poznał moją matkę, Wiktorię Gniewek, która niedawno wróciła ze Słowenii, gdzie przebywała podczas I wojny światowej (niestety nie pamiętam z jakich powodów). Młodzi postanowili jak najszybciej się pobrać. Co ciekawe, matka przed ślubem musiała uzyskać z magistratu zaświadczenie o stanie moralności, inaczej uroczystość by się nie odbyła. Po ślubie zamieszkali w Drohobyczu. Ojciec pracował jako policjant, był komendantem.

Mieszkaliśmy na posterunku. Ja urodziłem się w 1930 roku, chodziłem do polsko-ruskiej szkoły. Język ruski znałem i znam równie dobrze jak polski. To wtedy było dla mnie naturalne. Mój ojciec np. chcąc pracować jako komendant musiał nauczyć się języka ruskiego i zdać z jego znajomości egzamin. Zdał bardzo dobrze i dostał odpowiednie zaświadczenie.

Z tamtych lat pamiętam, jak raz w farnym kościele był generał Józef Haller ze swą błękitną armią, tak bardzo charakterystyczną ze względu właśnie na kolor mundurów. Pod koniec sierpnia 1939 roku mój ojciec został powołany do wojska, dokładnej daty nie pamiętam. 1 września 1939 roku rozpoczęła się II wojna światowa, na nasze tereny wkroczyli Niemcy i powołali do życia wolną Ukrainę. Ukraińcy zaczęli wkrótce mordować Polaków i Żydów; podrzynali im gardła, rozcinali brzuchy. Później dowiedziałem się, że mój ojciec w Stryju został napadnięty przez taką właśnie bandę. Strzelali z wieży cerkiewnej i z cmentarza. Broń mieli od Niemców. Jednak mojemu ojcu udało się wyjść cało z tej "przygody". Przydało się doświadczenie zdobyte zarówno w armii austriackiej, jak i Legionach. Przedostał się na Węgry.

Po dwóch tygodniach zmienił się okupant. Po 17 września znaleźliśmy się pod panowaniem ZSRR. Nie było już mowy o wolnej Ukrainie - teraz była to tylko jedna z wielu republik radzieckich. W kwietniu 1940 roku moja rodzina (bez ojca - nikt nie miał pojęcia, co się z nim dzieje, czy w ogóle żyje) została aresztowana przez NKWD. Enkawudziści wypytywali mnie i mojego siedmioletniego brata o ojca, mając nadzieję, że dzieci "sypną". Ale my naprawdę nic nie wiedzieliśmy o jego losie. A mój ojciec jako polski policjant, w dodatku komendant posterunku, był teraz wrogiem numer jeden sowieckiego państwa. Krzyczeli podczas naszego aresztowania, że gdyby tu był to od razu, postawiliby go "pod stienku". A wiadomo, po co stawia się człowieka pod ścianą!

Załadowano nas do towarowych wagonów z pryczami i dziurą w podłodze, która miała nam służyć za ubikację, ot tak, przy drzwiach, bez żadnego parawanu. W zamknięciu przesiedzieliśmy trzy dni. Z minimalną ilością picia i jedzenia, bo cóż można zabrać, jak ma się pół godziny na zabranie najpotrzebniejszych rzeczy, wtedy nie myśli się racjonalnie, co będzie potrzebne... Siedzieliśmy w smrodzie, bo pociąg stał w miejscu, a z ubikacji przecież trzeba było korzystać. Udało mi się uciec z wagonu, widocznie nie zawsze nas dobrze pilnowali, albo po prostu nikt na dziecko nie zwrócił uwagi. Biegłem wzdłuż torów, ale po chwili zrobiło mi się żal mamy i rodzeństwa i wróciłem. Jak trafiłem do odpowiedniego wagonu, nie wiem. Później podpięto nas do innego pociągu i ruszyliśmy na wschód, aż za Ural.

Dojechaliśmy w maju 1940 roku. Trafiliśmy do Kazachstanu. Miejsce nosiło nazwę KUSTANAJ. Znaleźliśmy się w tajdze, w kołchozie im. Lenina. Domy budowano tam z samaru, czyli glinianej cegły, a dach to było tylko kilka belek i trzcina zmieszana z gliną. Brakowało wody, rarytasem była pokrzywa. Później zostaliśmy przetransportowani w głąb stepu kazachstańskiego. Ziemia była tu tak spękana, że można, jeżeli się nie uważa, połamać nogi. Panowały tam długie, mroźne zimy i krótkie, suche lata. Ogólnie więc wszystko było przesuszone. Mieszkało się w lepiankach, jak zawiało śniegiem to z "domów" pozostawały kopczyki. Dopiero sąsiad sąsiada musiał odkopać. Tworzono przejścia, tzw. tunele. Często zimą zdarzały się burany, czyli straszne śnieżyce połączone z wichurą. Wtedy nie można było wyjść z lepianki. Po pierwsze, dlatego że trudno było otworzyć drzwi, po drugie, łatwo było się zgubić, nie widać było ani na krok i w konsekwencji można było zamarznąć.

Wiosna zaczynała się tam przy dziesięciostopniowym mrozie. Wtedy zaczynała rosnąć gdzieniegdzie trawa. Trawa stepowa miała ponad metr wysokości, całkowicie mnie zakrywała. Miała ona srebrne kłosy, które falując w lekkim wietrze pod słońce wyglądały prześlicznie. Tą trawą odżywiają się m.in. koniki stepowe, bardzo wytrzymała rasa. Akurat jak przebywaliśmy w Kazachstanie, pojawiło się na wiosnę jezioro. Bardzo nas to zdziwiło, przecież tam panowała straszna susza, a tu nagle jezioro! Wytłumaczono nam, że co kilka lat, jeżeli są większe opady, jezioro pojawia się tam, gdzie jest dużo wód podziemnych. Przez to jezioro mieliśmy dalej na pocztę po paczki z Polski. Normalnie szliśmy około 10 km, a naokoło jeziora wychodziło prawie 30 km w jedną stronę. A kiedy zawiał mocniejszy wiatr, mało nas nie zalało, tak niósł falę. Mimo że miałem dopiero dziesięć lat, musiałem pracować. Pracowałem na roli, w Kazachstanie uprawia się głównie pszenicę. Ale prawie całe plony trafiały do wojska. Dla kołchozu często nie zostawało prawie nic. Jeżeliby zaś kierownik kołchozu posiał więcej niż podał, chcąc, żeby coś dla nas zostało, to w najlepszym wypadku trafiał do więzienia.

Oprócz tego pracowałem w zakładzie szewskim. Naprawiałem buty i walonki. Było to o tyle trudne, że na zesłaniu nic nie było. Nie tylko my nic nie mieliśmy, ale i Kazachowie. Chcąc naprawiać buty, najpierw musiałem zrobić sobie narzędzia. Robiłem więc z drewna kołki, z metalu gwoździe, z blachy wycinałem trójkąciki. Sam też robiłem igły. Dopiero z takim wyposażeniem można było się brać za naprawę obuwia. Własnego pomysłu była też lampa. O elektryczności nie było co tam marzyć. Zresztą, jak i skąd na tych wielkich przestrzeniach? Do rangi luksusu urastała teraz zwykła lampa naftowa. Dopiero z małej butelki, blaszki, waty wyjętej z kufajki i kradzionego paliwa do traktorów udało mi się zrobić lampę. W takich warunkach szybko nabawiłem się kurzej ślepoty, po zmroku nie widziałem zupełnie nic. Wtedy jeden Kazach przyniósł nam krowią wątrobę. Kazał położyć nad parą, pochylić się nad tym, a później normalnie upiec i zjeść. Miało to pomóc i faktycznie pomogło. Wzrok mi się poprawił. Zastanawiam się tylko, skąd ten Kazach wziął ową wątrobę. Krów tak bezkarnie nie można było zabijać, a jeśli zdechła sama, i tak trzeba było to zgłosić i rozliczyć się z wszystkiego. Niełatwo było zdobyć kawałek mięsa. W kołchozie ważniejsze od człowieka było bydło.

Co podczas naszego zesłania działo się z moim ojcem, dowiedziałem się dopiero po wojnie. Jeszcze podczas okupacji udało mu się przedostać z Węgier do swej rodziny w Oblaszkach, niedaleko Nieporazu (wtedy były to tereny wcielone do III Rzeszy), tam ukrywał się u ciotki. Pracował w Chełmku jako magazynier. Niestety, ktoś doniósł na niego do gestapo, jakoby mój ojciec miał zabić dwoje Niemców. Gestapowcy aresztowali go i posadzili w więzieniu w Mysłowicach jako więźnia politycznego na tzw. jedynce, tj. w najgorszym oddziale. Tam najbardziej dręczono przetrzymywanych. Jedno z "przesłuchań" miało mniej więcej taki przebieg: po raz nie wiadomo który gestapowiec nakazał ojcu powiedzieć prawdę, czyli po prostu przyznać się do tych zabójstw, ojciec znów powtórzył, że nic nie zrobił; wówczas Niemiec położył na biurku pistolet i powiedział, że albo mój ojciec się przyzna, albo zostanie zastrzelony. Ojciec ze stoickim spokojem kazał Niemcom udowodnić ich zarzut. I stała się rzecz niesłychana: po niecałych czterech miesiącach pobytu w areszcie, mój ojciec został zwolniony.

Po wojnie zamieszkaliśmy w rodzinnych stronach ojca. W Drohobyczu została siostra mojej matki, wyszła za mąż za Ukraińca. Dawniej często do nich jeździłem w odwiedziny. Zresztą moja żona również pochodzi z Drohobycza. Po wojnie dużo podróżowałem, uprawiałem sporty. Grałem w siatkówkę i piłkę nożną. Jakbym starał się nadrobić stracone dzieciństwo.

Henryk Marcela

Komentarze użytkowników
+ Dodaj komentarz
Wpisz swój komentarz oraz wypełnij pole Nazwa użytkownika!
Twój komentarz:
Nazwa użytkownika: