spotkania na wschodzie
pl ru

Wspomnienia, Inne

Kresy wspomnień cz.6. Wuj Bom i ciocia Aldona

WUJ BOM Z BEKIEPUR

Jest to jedno z moich najwcześniejszych wspomnień dzieciństwa, zaledwie fragmentaryczne obrazy z pobytu z mamą w majątku jej ciotecznego wuja. Bekiepury leżały nad wielce malowniczym jeziorem niedaleko Podbrodzia. Pamiętam duży dwór, stojący na pagórku czy skarpie, piękny stamtąd widok na zieloną łąkę i szafir wody. Mój cioteczny dziadek, zwany "wujkiem Bomem" lub Bomkiem (Bojomir), był potężnego wzrostu i takiejż tuszy. A przy tym łagodny i dobry jak anioł. Znany w rodzinie i wśród przyjaciół z nadzwyczajnego apetytu i smakoszostwa zaspakajanego przez najlepsze kucharki, sprowadzane nieraz z dość odległych okolic. Pamiętam wuja zasiadającego przy stole w dużej jadalni, ze śnieżnobiałą serwetką zawiązaną wokół szyi, i dobrodusznie uśmiechniętego. Nieomal z nabożeństwem zabierał się do konsumowania podanych specjałów. A już od wczesnego rana zaczynało się celebrowaniem śniadania, składającego się z wielu dań i trwającego w związku z tym bardzo długo. Każdą potrawą wuj delektował się ze znawstwem zawodowego konesera. Jak w wierszyku:

"Jadł na śniadanie
udo baranie
i bitych w cieście
kołdunów dwieście..."

I nie był w tym przesady, gdyż rolady z prosiaków, dziczyzny i wędliny domowego wyrobu oraz inne kresowe przysmaki pojawiały się na stole od samego rana. Chociaż sam pozostał kawalerem do końca życia, lubił i chodził ze mną po swoim majątku, trzymając mnie za rączkę. Kiedyś zdarzyło się, że - mimo opieki - znalazłam się nagle wśród stada syczących ze wszystkich stron gęsi i ogromnie przelękłam się wyciągniętych do mnie szyi. Ktoś, pewnie wuj, zrobił w tym momencie zdjęcie: stoję zrozpaczona wśród gęsi z rękami w kieszonce fartuszka... Mieszkałyśmy z mamą w tzw. objejuciu - domku przeznaczonym dla gości w pobliżu dworu. Dookoła były uprawne pola - pamiętam złote łany zbóż i zbieranie wśród nich maków i chabrów oraz rezedowe zagony słodkiego, wspaniałego grochu, w których buszowałyśmy do woli. Okolica obfitowała w rozmaitość jagód, więc nieodmiennie były poziomki ze śmietaną lub zupa czernicowa.

Majątek wuja Boma był zadbany i dobrze prowadzony. Jego właściciel od czasu do czasu pojawiał się w Wilnie, aby odwiedzić znajomych, obejrzeć sztukę w teatrze, a - co najważniejsze - zasiąść u Czerwonego lub Zielonego Sztrala przy dobrej kawie i niezrównanych ciastkach. W Podbrodziu była stacja kolejowa, więc połączenie z Wilnem było dobre; tu zaś kursowały dorożki. Wileńscy dorożkarze dobrze znali pana Bojomira. Gdy jego potężna sylwetka pojawiała się w pobliżu postoju, uciekali jeden przez drugiego, aby uniknąć kłopotliwego pasażera, pod którym łamały się resory z powodu nadmiernego ciężaru. Beztroskie i szczęśliwe lata minęły bezpowrotnie, gdy nadeszła wojna. Wuj Bom został wywieziony na Syberię, gdzie podobno umarł z głodu. Nikt nie wie, gdzie został pochowany. Podzielił los wielu rodaków. Pozostała pamięć o nim jako o dobrym, serdecznym człowieku, jego promienny uśmiech, a także wspomnienie po wspaniałych czekoladkach, które przywoził w podarku, odwiedzając nas w Warszawie. Mówił ze śpiewnym, wileńskim akcentem i gładził nas po główkach.

CIOCIA ALDONA

Ciocia Aldona mówiła do męża "Pierre". Pamiętam ich pierwsze mieszkanie w Warszawie, w drewnianym domku otoczonym drzewami czerniakowskiego parku. Później przeprowadzili się do mieszkania na pierwszym piętrze kamiennicy przy ulicy Chełmskiej, również na Czerniakowie. Tę dzielnicę upodobał sobie wuj, który traktował zawód lekarza jako powołanie i leczył czerniakowską biedotę. Najważniejszym meblem w mieszkaniu wujostwa był fortepian, stale używany przez oboje. Nadzwyczaj gościnni i serdeczni stanowili nierozłączną parę. Potomstwa nie mieli, dlatego każde dziecko obdarzali opiekuńczą miłością. Przypuszczam, że oboje byli koło sześćdziesiątki. Zwykle po obiedzie i wspaniałym deserze następowała część artystyczna, którą wykonywało wujostwo wspólnie, nieraz z udziałem gości. Najpierw był lekki kabaretowy repertuar przeznaczony dla wszystkich. Młodzieży wydawało się, że specjalnie dla niej. Wujek akompaniował cioci Aldonie, która śpiewała popularne przeboje z niezrównanym wdziękiem i gestykulacją, parodiując trochę treść piosenek. Wykonywali tak słynne szlagiery, jak: Umówiłem się z nią na dziewiątą, Dziś panna Andzia ma wychodne, Czy tutaj mieszka panna Agnieszka?. Najbardziej lubiłam piosenkę, której słowa zatarły się już w pamięci: "W cichej uliczce domeczek biały, cztery okienka od frontu miał...". Goście siedzieli na wiecznej kanapie i stareńkich fotelach, w rogu saloniku paliła się lampa z abażurem z koralikami, na fortepianie świeca, a otaczała ich masa roślin: palmy, wielkie paprocie. No, a przede wszystkim na ścianach obrazy z Mitkiszek... Postać cioci Aldony (wujek mówił "Aldonka") była owiana romantyczną legendą. Była ona wychuchaną jedynaczką zamożnych rodziców posiadających majątki na Litwie, z których - oprócz folwarków w Notokach nad Szyrwintą, Nadrzecza, Zacisza w powiecie trockim oraz Opigoszy i Grabial - główną rezydencją były Mitkiszki nad Wilią koło Jewia. Ojciec Aldony, Wincenty, był wszechstronnie uzdolnionym artystą. Z zawodu inżynier, którego chyba głównym dziełem był drewniany dwór: pałacyk w Mitkiszkach. Na jego środku znajdowała się owalna sala balowa wysokości dwóch pięter, dookoła niej promieniście rozchodziły się inne cubicula. Tyle wiem od mojego ojca, który wielokrotnie spędzał z rodzicami lato w Mitkiszkach lub w którymś z rodzinnych majątków jeszcze przed I wojną światową i zawsze zachwycał się pięknem tych okolic. Zawsze marzyłam, by zobaczyć ten dom i park, zaplanowany również przez wuja mego ojca, schodzący tarasami w kierunku Wilii, która była widoczna z okien budynku. Przed nim: zajazd z różanym gazonem i trzema ogromnymi srebrnymi świerkami (pamiętam ten widok uwieczniony na jednym z obrazów). Park miał wiele zakątków, gdzie stały posągi alegorycznych postaci. Dom posiadał z każdej strony dwie werandy, na których latem odbywały się kameralne koncerty wykonywane przez rozmiłowanych w muzyce gospodarzy oraz przyjezdnych gości i sąsiadów. Oprócz zamiłowań architektonicznych i muzycznych, pan domu utrwalił na płótnie piękno swej posiadłości. Prócz tego pisywał wiersze, głównie liryki, których kilka zachowało się do dzisiaj w małym albumiku ozdobionym akwarelami autora. Wychowana w takim właśnie otoczeniu młodziutka, śliczna Aldona zakochała się w równie młodym lekarzu, który praktykował w tamtejszej okolicy - biednym, jak mysz kościelna i nie "z tej strefy", co wówczas było trudną sprawą. Wiedząc, że rodzice nie zgodzą się na małżeństwo, panna, zapowiedziawszy służbie, aby nie budzono jej rano, uformowała w łóżku leżącą postać i pewnej nocy uciekła przez okno do czekającego na nią ukochanego.

Przez lata rodzice nie mogli wybaczyć córce mezaliansu. Dopiero po długim czasie zgodzili się na jej przyjazd z mężem do Mitkiszek. Po śmierci ojca Aldony, jej matka - ciocia Helena, którą pamiętam jako zgrzybiałą staruszkę, przyjeżdżała na zimę do córki do Warszawy, latem zaś wracała do Mitkiszek, które reforma rolna okroiła do 80 hektarów. Niestety, smutno skończyła się historia tej romantycznej pary: wuj Pierre zaczął zapadać na jakąś nerwową chorobę i w pierwszym roku wojny umarł. Cały robotniczy Czerniaków, leczony przez niego przez wiele lat za półdarmo lub bez żadnych opłat, przyszedł na jego pogrzeb, by pożegnać swego doktora. I tam, gdzie mieszkał i pracował, został pochowany. Jego ciało spoczęło na cmentarzu czerniakowskim, przy kościele. Ciocia Aldona zlikwidowała mieszkanie w Warszawie, fortepian i obrazy przywiozła do nas, a gdy dostała pozwolenie wyjazdu na Litwę - odjechała na zawsze do Mitkiszek. W czasie ciężkiej sytuacji wojennej dwie starsze kobiety, mimo pomocy okolicznych ludzi, długo nie mogły przetrwać. Ciocia Helena umarła w 1942 roku, a parę miesięcy później i jej córka - Aldona. Fortepian zginął pod gruzami kamienicy w 1944 roku, w czasie powstania warszawskiego. I obrazy z Mitkiszek pozostały tylko w mojej pamięci... Sądziłam, że nie będę mogła zrealizować swoich marzeń z dzieciństwa dotyczących wyjazdu na Litwę. Niespodziewanie w ubiegłym roku łaskawy los umożliwił mi poznanie rodzinnych stron. Z Wilna pojechałam wijącą się wzdłuż Wilii malowniczą drogą szukać Mitkiszek. Znalazłam je na mapie, lecz na próżno jeździliśmy samochodem tam i z powrotem na przestrzeni kilku kilometrów: śladu po posiadłości nie było! Wiedziałam, że w parku, w ulubionej alei, został pochowany ojciec Aldony, a obydwie panie pewnie w jego bliskim sąsiedztwie. Cóż, kiedy po żadnym parku nawet śladu nie było! Przypadkowo zaszłam do stojącej opodal chaty, gdzie stary człowiek, jak się okazało Polak, ofiarował się zaprowadzić nas na grób. Dobrze pamiętał obie starsze panie jeszcze sprzed wojny. Wsiadł z nami do samochodu i wskazał drogę. W pewnym miejscu trzeba było wysiąść, gdyż drogę zupełnie zarosły drzewa i gęste krzaki. Dalej przedzieraliśmy się przez istną dżunglę zieleni. Uczynny rodak długo nie mógł odnaleźć mogiły, aż wreszcie, zakryta przez zarośla i chwasty, ukazała się naszym oczom. Była zrównana z ziemią, obok leżało zbutwiałe drewniane ogrodzenie i tylko metalowy krzyż z wydrapanym imieniem i nazwiskiem pozwolił zidentyfikować miejsce grobu. Zaczęłam rozglądać się za wspaniałym kiedyś domem, ale i po nim śladu nie zostało. Tak dalece, że nawet fundamentów nie udało się odnaleźć. Spostrzegłam jedynie szpaler bzów, które pewnie tworzyły alejkę. Widać było, że kwitły w tej głuszy. Idąc dalej, natknęłam się na wielką jamę, też zarośniętą. Tam pewnie był kiedyś staw. Gdy "dżungla" się skończyła, trafiłam na zaorane i źle obsiane pole. Kto to wszystko zagarnął i zdewastował? Pasja niszczenia cudzego dorobku okazała się większa, niż chęć wykorzystania pięknej niegdyś siedziby.

Wanda Kossobudzka
Cyt. za: "Znad Wilii" nr 6 (139)/1995

Komentarze użytkowników
+ Dodaj komentarz
Wpisz swój komentarz oraz wypełnij pole Nazwa użytkownika!
Twój komentarz:
Nazwa użytkownika: